Przyjrzyjmy się jednym i drugim. Kopie powinno się wykonywać na dodatkowym dysku. Może to być zarówno drugi dysk w komputerze lub zewnętrzny nośnik. Zależnie od wielkości kopiowanych danych, może to być pendrive, zewnętrzny dysk twardy o pojemności do 500GB do 4TB, lub płyta CD, DVD, Blu-Ray – jeśli nasz komputer jest

Ważne, żeby fotografowane osoby dobrze się w tym czuły, ponieważ zazwyczaj nie będziemy pracować z grupą zawodowych modeli lub modelek, toteż ich pozowanie może nie wyglądać zbyt dobrze na zdjęciach, a przecież powinni być naturalni, uśmiechnięci a nie spięci i stremowani. Powinniśmy skorzystać z naszych umiejętności komunikacyjnych. Jak to mówią, dobry portrecista potrafi zadbać o odpowiednią atmosferę przed zrobieniem zdjęcia, w trakcie i po zdjęciach. Tak więc, dobrze jest rozbawić towarzystwo, zrelaksować naszych modeli. Dar rozmawiania z ludźmi jest równie ważną sprawą, co umiejętności techniczne. Rodziny często fotografuje się w ich własnym domu, w miejscu szczególnie im bliskim, ale może się też zdarzyć, że odwiedzą oni nasze studio, abyśmy zrobili im zbiorowy portret. W jednym i drugim przypadku powinniśmy pomyśleć o skorzystaniu z lampy błyskowej. Każdy z uczestników naszego zdjęcia powinien być prawidłowo oświetlony, co znaczy, że nie możemy ustawić lampy tak, żeby ładnie oświetlała tatę bocznym światłem, ale skrywała w cieniu jego syna. Nikt nie powinien czuć się pokrzywdzony. Możemy także namówić naszą rodzinę na sesję plenerową. Wykorzystajmy zachód słońca do zrobienia kilku urokliwych fotografii. Możemy spróbować sztuczki z oświetleniem tylnym, to znaczy ustawmy się tak, żebyśmy fotografowali pod słońce. Wiem, wiem, stara zasada mówi, żeby nie fotografować pod słońce. Zasady jednak można łamać. Jeśli świadomie eksperymentujemy ze światłem, a nie zdajemy się na naszą ignorancję, to jest w porządku. Możliwe, że będziemy musieli odpalić lampę błyskową, aby doświetlić pierwszy plan, to znaczy twarze naszej rodziny. Wszystko zależy od tego jak wysoko będzie słońce. Uważajmy jednak na flary mogące pojawić się na zdjęciach. Flara to odblask światła, który pojawia się, jeśli światło świeci bezpośrednio w obiektyw. Niestety, trudno przewidzieć miejsce wystąpienia flary, także musimy to na bieżąco kontrolować na wyświetlaczu LCD. Pomimo tego drobnego mankamentu warto spróbować, bo oświetlenie kontrowe ładnie podkreśla sylwetki fotografowanych osób poprzez świetlisty obrys postaci i nadaje zdjęciu trójwymiarowości. W plenerze możemy także pokusić się o bardziej dynamiczne kadry. Możemy sfotografować rodzinę w trakcie zabawy lub ulubionej gry. Możemy skorzystać ze statywu, ale nie jest to wymóg.

Może też zacząć brzydko pachnieć lub nawet gnić. To Jeśli kiedykolwiek zamrażałeś mięso, mogłeś zauważyć, że jest ono suche i często traci swoją konsystencję. Jeszcze kilka tygodni temu Piotr i Agata Rubikowie obchodzili swoją rocznicę ślubu. Wtedy pochwalili się na Instagramie archiwalnymi zdjęciami. Teraz pokazują jak spędzają wymarzone rodzinne wakacje. Oto jak się bawią na Hawajach! Niesamowite wakacje Piotr i Agata Rubik są szczęśliwym małżeństwem od wielu lat. Pomimo różnicy wieku i sporej krytyki na początku ich związku, udało im się zadbać o swoją miłość. Para doczekała się dwóch córek - Heleny oraz Alicji. Rodzina chętnie spędza czas razem i publikuje wspólne zdjęcia w Internecie. Ostatnio wybrali się na wspaniałe wakacje. Na początku lipca wyjechali do Stanów Zjednoczonych, gdzie zwiedzili San Francisco przez dwa dni. Później wyruszyli na Hawaje, gdzie już nie pierwszy raz spędzają swój urlop. Agata Rubik chętnie publikuje relacje z podróży na Instagramie. Fani więc mogą podziwiać wspaniałe krajobrazy i uśmiechy wszystkich członków rodziny. Żona muzyka z chęcią dzieli się również ciekawostkami turystycznymi o Honolulu. Cena jednego leżaka Agata chętnie chwali się nie tylko zdjęciami z wypadu, ale nie ukrywa również ile kosztują takie przyjemności. Na swojej relacji na Instagramie wyznała, że wypożyczenie zestawu, który składa się z leżaka i parasola kosztuje 66 dolarów za dzień. To ponad 300 złotych w przeliczeniu na polską walutę. Taki komplet jest jednak bardzo przydatny, ponieważ ciężko spędzić cały dzień na gołym, rozgrzanym piasku. Gwiazda wyznała również, że pomimo tego, iż na Hawajach plaże są publiczne to wcale nie ma na nich tłumów! Przyznała, że nie rozumie ludzi, którzy za coś płacą i z tego nie korzystają. Jak wynika z jej relacji, cała rodzina Rubików zaczyna leżakowanie na plaży już o 8:00 rano i kończą jako jedni z ostatnich. Nic dziwnego, bo w takim miejscu chciałoby się spędzić jak najwięcej czasu! Widać, że cała czwórka wypoczywa w najlepsze. Oby tak pozostało do końca wakacji! Piotr i Agata Rubikowie to jedna z najpopularniejszych, ale też najbardziej zgodnych par show-biznesu. 21 czerwca świętują swoją rocznicę ślubu. Z tej okazji chwalą się na Instagramie zdjęciami sprzed... Może istnieć więcej niż jeden powód, dla którego rodzice angażują swoje dzieci w muzykę na lekcjach formalnych, a także w życiu codziennym. Odkryłem, że posiadanie kilku powodów, dla których warto zapisać dzieci na lekcje muzyki, może pomóc utrzymać zainteresowanie dzieci, gdy flagi entuzjazmu lub ćwiczenia stają się Fotograf rodzinny to zajęcie, które wymaga dobrej zabawy. Aby zapamiętać te strony,kliknij przyciski poniżej: Fotografowanie rodzin jest w rzeczywistości naprawdę fantastyczne. Serio. Potrzeba tylko kilku prostych pomysłów i chęci wyrobienia sobie ekstremalnej cierpliwości, a sesji familijne mogą stać się waszą specjalnością! Jedynym sposobem na to, aby to przeżycie było bezstresowe, jest zmiana własnego nastawienia do sesji. Pozowanie? To przepis na nudne zdjęcia. Rodzice myślą, że ich dziecko to największy śmieszek na świecie, a brzdąc w trakcie sesji jest bardzo marudny. Innym razem mamy do czynienia z grupą dzieci w zupełnie różnym wieku naraz, a jedno z nich po prostu nie jest w nastroju. Czasami nasz najlepszy pomysł na sesję nie podoba się fotografującym. Tak bywa na sesjach z dziećmi. Głowa do góry, musicie być elastyczni i przygotowani na nieustanną zmianę sytuacji. Tradycyjne pojęcie „pozowania” zakłada zarządzanie najmniejszymi elementami postawy modela. Prosimy, by przesunął głowę nieco w lewo, podniósł brodę, przesunął nogę bardziej do przodu, przeniósł ciężar ciała na nogę z tyłu, ustawił ramiona pod kątem i tak dalej. Nie zrozumcie mnie źle, znajomość tych wszystkich sztuczek może pomóc stworzyć bardzo korzystny wizerunek człowieka. Ale próbowaliście kiedyś kazać zrobić to wszystko dziecku? Nie uda się. Jedynym rezultatem pozowania, mogą być sztucznie wymuszone miny, której oglądanie nie sprawia żadnej przyjemności. A przecież nie o to chodzi. Podejście do pozujących rodzin musi więc brać pod uwagę różny wiek fotografowanych osób. Niektórzy modele nie będą jeszcze mówić. Inni nie będą stać. A jeszcze inni będą uważać, że siedzenie z rękami na kolanach to najnudniejszy pomysł na świecie. Poza tym, co się dzieje, gdy zmusimy dzieci do sztywnych póz? Wyglądają sztywno. Czują się niewygodnie i dziwnie, i nie będą się dobrze bawić przy wspólnej sesji. Zacznij od rzeczy naważniejszych. Przypomnijcie sobie, jak odbieraliście zdjęcia rodzinne jako dzieci. Zwykle trzeba było się ubrać w niewygodne ubrania, siedzieć nieruchomo w jakiejś naprawdę dziwniej pozie, z ręką na ramieniu brata lub siostry, patrzeć w aparat i starać się wyglądać wesoło. Powiedzcie, z czego mielibyście się cieszyć w takiej sytuacji? Z niczego. Dlaczego więc dzieci miały by wyglądać na szczęśliwe, jeśli się tak nie czują? Dzieci w przeciwieństwie do nas są naturalne. Jeśli chcemy, aby wyszły na fotografiach radosne i szczęśliwe, musimy sprawić, aby właśnie takie były w momencie w którym robimy zdjęcie. Dzieci mają krótki okres jeszcze mniejsza tolerancję na nudne rzeczy. Wszyscy uwielbiamy szczere i spontaniczne ujęcia, ale i tak staramy się przemycić przynajmniej jedną dobrą fotkę, na której wszyscy siedzą razem i patrzą w aparat. O wiele łatwiej jest to zrobić na początku sesji, gdy dzieci są bardziej chętne do współpracy. Jeszcze nie odkryły, że mogą się po prostu pobawić, dzięki czemu dużo ujdzie wam na sucho. Gdy już się rozbrykają, trudno je z powrotem zagonić w wybrane miejsce. Zajmijcie się więc tymi „obowiązkowymi” zdjęciami jak najszybciej. Zaoszczędzi wam to wiele stresu, którego doświadczylibyście próbując je wykonać pod koniec sesji, gdy dzieci chcą się już tylko bawić. Gdy już uda się to załatwić, możemy się spokojnie skupić na fajnych i spontanicznych momentach, które zawsze się przytrafiają, gdy pstrykamy zdjęcia rodzin. Na co opłaca się zwracać uwagę? Sesje rodzinne dotyczą głównie uchwycenia związków i kontaktów, a to dość trudno złapać, gdy wszyscy są z dala od siebie. Fotograf rodzinny powinien skupić się na kilku ujęciach siedzących. Nawet, jeśli dzieci są zupełnie różnego wzrostu, pozycja siedząca zbliży wszystkich do siebie. Mogą po prostu siedzieć na ziemi. Poszukajcie ładnych kolorów, tekstur i prostego tła. Schody i ławki sprawdzają się równie dobrze. Dzieci mogą siedzieć na kolanach, pomiędzy rodzicami albo obok nich. Może być tak, że wszyscy będą siedzieć, albo tak, że dzieci będą stać obok siedzących rodziców. Możecie wykorzystać ogrom różnych opcji! Możliwości jest wiele! Najważniejszy pomysł, który stosuję przy sesjachrodzinnych, jest dość prosty. Staram się ustawićgłowy modeli na mniej więcej tym samym poziomie. Jest jeszcze jeden sposób, by zbliżyć do siebie głowy: kazać rodzicom trzymać dzieci na rękach. To może być jednak trudne w przypadku starszych dzieci, ich większej liczby albo przez dłuższy czas. Dlatego siedzenie jest bardziej uniwersalne, a trzymanie dzieci na rękach zapewnia więcej możliwości i stwarza okazję do wspaniałych interakcji. Zdecydowanie nie powinno się przeprowadzać całej sesji na siedząco. Zaraz powiem wam nieco więcej na temat innych pozycji. Ujęcia siedzące jednak zwykle najłatwiej zaaranżować, a efektem jest najlepszy kontakt i wyrazy twarzy całej rodziny! Z młodszymi dziećmi przez większość czasu trzeba je namawiać do robienia czegoś, co dobrze wygląda na zdjęciach. Zwykle chodzi o coś, dzięki czemu ich głowy będą blisko głów rodziców. Jednym ze sposobów, który naszym zdaniem sprawdza się w takich sytuacjach jest poproszenie, by rodzice usiedli, a dziecko stanęło za nimi i objął ich za szyję. Gdy więc nasi modele już siedzą, każemy im się mocno przytulić. Im bliżej, tym lepiej. A potem zwykle dokładamy do tego trochę łaskotek. One są zawsze fajne. Gdy dzieci już się znudzą, możecie wstać i powiedzieć, by stanęły w rządku trzymając się za ręce. 5 Praktycznych porad dla początkujących. Różnorodność póz i fotografii pozwala stworzyć wspaniałe albumy. Ale w przypadku dzieci ten element jest jeszcze ważniejszy, ponieważ sprawia, że ujęcia nie są zbyt statyczne i nudne. Oto kilka wskazówek które wykorzystujemy, by dzieci wchodziły w interakcję z rodzicami, w łatwych do fotografowania sytuacjach, w których dobrze się bawią! Portret rodzinny ma szansę być pokazywany przez dziesiątki lat i uwielbiany przez wiele nadchodzących pokoleń, o ile będzie naprawdę wyjątkowy. Jeśli dopiero zaczynasz przygodę z fotografią rodzinną, najprościej będzie jeśli zastosujesz się po prostu do pięciu poniższych wskazówek. 1. Zbierz ich razem i ustaw właściwie. Wszystko zależy od tego, ilu macie uczestników i ile miejsca macie do dyspozycji, ale w przypadku przeciętnej rodziny z dwójką dzieci, możecie stworzyć ładny krąg sąsiadujących ze sobą głów. Niech wszyscy usiądą na ziemi trzymając się za ręce, a wy wykorzystajcie standardowy lub szerokokątny obiektyw: od 17 do 50 mm. Stańcie nad nimi albo skorzystajcie z drabiny. Skupcie się na środku obrazu, wykorzystując średnią głębię ostrości: f/9 do f/16 są idealne. Jeśli masz do czynienia z większą rodziną,poproś by stanęli razem, ale w grupkach. Wysocy i młodsi z tyłu, starsi w środku, a dzieci z przodu. Pamiętajcie też, by wyższe osoby stały po bokach fotografii. Żeby uzyskać naturalny efekt, nie trzymajcie się sztywnej kolejności „od najniższego do najwyższego” – to wygląda sztucznie. Wykorzystajcie zewnętrzną lampę błyskową do oświetlenia cieni i uchwycenia wyrazów twarzy i większej głębi ostrości, by wszyscy wyszli wyraźnie. 2. Pokaż związki, wyeksponuj więzi. Dobrym pomysłem jest pokazanie emocji i bliskości. Powiedzcie modelom, by się do siebie przytulali. Możecie także wykorzystać różnice pokoleniowe: babcia, obok niej córka, a potem wnuczka – zwykle różnicę wieku łatwo jest typu ujęcia róbcie przy naturalnym świetle i krótkim czasie naświetlania, by wychwycić uśmiechy w momencie, w którym się pojawiają – proszenie ludzi o uśmiechanie się przez dłuższy czas powoduje nienaturalny efekt. Wiek malucha naprawdę ma znaczenie przy wyborze pozy. Z noworodkami jest łatwo – nie mogą uciec ;) Potrzeba cierpliwości, ponieważ będziecie musieli robić wiele przerw na jedzenie i zmiany pieluchy, ale w gruncie rzeczy rodzice mogą je po prostu trzymać na różne sposoby, więc pozowanie jest łatwe. Taka sytuacja trwa do momentu, kiedy zaczynają chodzić, i jest naprawdę wspaniała. 3. Pomóż im się ubrać odpowiednio. Spróbujcie przekonać wszystkich do okularów przeciwsłonecznych w tym samym kolorze albo do założenia tego samego typu ubrań, by uzyskać ciekawy efekt. Powiedzcie, by wszyscy ubrali się w rzeczy, które dobrze do siebie pasują albo spróbujcie trochę namieszać, by uzyskać bardziej zróżnicowany efekt. Portrety rodzinne to właśnie ta okazja,by wyglądać jak najlepiej. Możecie na przykład poprosić, by wszyscy ubrali się elegancko. Starajcie się jednak unikać zbyt ostrych czerwieni. Eksperymentujcie też, łącząc ze sobą kolory, by uzyskać swobodny efekt. 4. Wykorzystaj cały kadr oraz kąty ostre. Zbliżenia to świetny sposób, by pokazać emocje. Weźcie dwójkę bliskich ludzi, na przykład żonę i męża, rodzeństwo albo rodzica z dzieckiem i poproście, by rozmawiali ze sobą w jak najmniejszej odległości od siebie. Wykorzystajcie obiektyw makro lub zwykły i zróbcie duże zbliżenie. Poczekajcie na właściwy moment – to może być uśmiech lub spojrzenie – i wtedy zróbcie zdjęcie. Wykorzystanie niskiej głębii pozwoli Ciuzyskać efekt cudownie rozmytego tła. Eksperymentujcie z kątami. Tego typu zdjęcia są interesujące i ciekawe. Wspaniałą techniką jest położenie się na ziemi, gdy nasi modele stoją nad nami. Do tego potrzebna jest lampa błyskowa, by twarze modeli były doświetlone na tle jasnego nieba. I powiedzcie, by na was spojrzeli, tak aby nie zrobić zdjęcia przedstawiającego nozdrza! 5. Przygotuj właściwy sprzęt Dopracowanie sesji rodzinnych zajmuje więcej czasu, a ludzie zwykle są skłonni go poświęcić, by całość wyglądała dobrze. Wykorzystajcie szerokokątny obiektyw, aby wszyscy zmieścili się na zdjęciu, statyw i zewnętrzną lampę błyskową, jeśli jest taka potrzeba. Różne blendy zawsze się przydają do odbijania światła na duże grupy, chociaż możecie potrzebować stojaka lub pomocnika, by móc z nich korzystać na zewnątrz. Ustawienia czasu naświetlania różnią się w przypadku różnych portretów , trzeba jednak postarać się by fotografie rodzinne uzyskały zrównoważony i ostry obraz. Dlatego powinniście użyć lampy błyskowej, jeśli jest taka potrzeba, i rozsądnego czasu naświetlania – przynajmniej 1/125s. Wykorzystajcie większą głębię ostrości (f/11-f/22), jeśli macie do czynienia z grupą ludzi, tak by wszyscy byli wyraźnie widoczni. Jednak gdy fotografujecie grupę trzech osób lub mniejszą, wykorzystajcie mniejszą głębię (f/2-f/ by tło było rozmyte. Wnioski Nowoczesne zdjęcia robione są na zewnątrz, przy naturalnym oświetleniu i neutralnych pozach. Nie każcie rodzinie ubierać się zbyt szykownie i postarajcie się, by atmosfera była radosna i spokojna. Pamiętajcie, że najważniejsza jest wiedza o tym, ile osób będziecie fotografować. Jeśli trzeba, wybierzcie osoby z większej grupy do ujęć w parach. Ta metoda zapewni dobrą mieszankę rodzinnych zdjęć, które będzie można pokazać razem w kolażu. Co dalej Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapisz się na kolejne. (Za darmo!) Adres email... Podobne artykuły Jak pokazują reklamy i marketingowe obrazki, miody prawidłowo nabierać powinno się tylko przy pomocy specjalnego drewnianego nabieraka, tzw. miodulki. Oczywiście to niejedyne narzędzie, które może do tego posłużyć. Powszechne jest przekonanie, że miodu nie należy nabierać metalowymi sztućcami. To nie jest do końca prawda. Niektórzy znają go z radiowej Trójki i popołudniowej, niedzielnej „Siesty”. Inni z tego, że jest fotografem i podróżnikiem. Marcin Kydryński przez 25 lat podróżował do Afryki, jak sam mówi, tam odnajdywał spokój, szczęście, ale też był świadkiem cierpienia i okrucieństwa. Tam mierzył się ze swoimi lękami i słabościami. 25-letnie doświadczenia postanowił zebrać w książce „Biel”. I trudno powiedzieć, czy to książka bardziej o Afryce, czy o nim samym. Podobnie, jak nasza rozmowa. Ewa Raczyńska: Dlaczego Afryka? Marcin Kydryński: Ze stu powodów. Także dlatego, że kiedy zacząłem po niej podróżować 25 lat temu, było tam mało ludzi. A ja pustkę i spokój lubię, może w ten sposób Afryka odpowiadała na moje największe potrzeby. Jednocześnie doznanie świata w Afryce było dla mnie znacznie bardziej intensywne niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. Ten kontynent wydał mi się soczewką, w której każdy drobiazg, z jakich składa się nasze życie, ogromnieje i staje się ważny. Jestem fotografem w związku z tym poszukuję piękna. Oczywiście wiadomo, że piękno jest w oku postrzegającego, więc jest kwestią bardzo indywidualną. A ja znajduję je w Afrykanach. W mniejszym stopniu w mieszkańcach mongolskich jurt, albo w wioskach wysokich Andów, wśród Eskimosów, czy Aborygenów. Natomiast w Afryce mógłbym spędzić resztę życia portretując jej mieszkańców. Fot. Marcin Kydryński Łatwiej opisywać obrazem czy słowem? W moim przypadku to się uzupełnia. Mój mistrz i przewodnik Ryszard Kapuściński miał na ten temat inną teorię. Twierdził, że słowo musi wystarczyć i nigdy bez wyjątku nie umieszczał w swoich książkach, za życia przynajmniej, swoich fotografii. Osobno ukazywały się albumy z jego zdjęciami. Zdaniem Kapuścińskiego słowo i obraz wykluczały się nawzajem. Być może uważał, że fotografia ograniczała wyobraźnię. Wychowałem się na piśmie National Geographic, w którym zdjęcia i tekst niejako istniały obok siebie, dopowiadając się nawzajem. Moim guru był Robert Caputo: pisarz i fotograf, choć często bywało tak, że inna osoba pisała, a inna robiła zdjęcia do tekstu. Operując na podstawowym poziomie i słowem i obrazem uznałem, że są sytuacje, których nie umiem opowiedzieć inaczej, jak tylko fotografując. Jednak jakkolwiek fotografia może być pasem startowym dla wyobraźni, to wszelako głębszych myśli może nie unieść, zwłaszcza jeśli nie chcemy pozostawiać odbiorcy zbyt dużej przestrzeni dla jego własnej interpretacji obrazu, jaki widzi. Kiedy chcemy być precyzyjni. Wtedy potrzeba celnych słów. W czasie swojej podróży po Afryce spotkał Pan Andy’ego, który nie robił ani notatek, ani zdjęć. To dawna historia. Do dzisiaj nie wiem lub nie pamiętam, co nim kierowało. To było prawie 25 lat temu, widzieliśmy się raptem może dzień, może dwa. Spędziliśmy niewiele czasu razem, podczas którego on opowiadał o swoich podróżach, wówczas mi imponując, bo ja byłem na początku swojej drogi, a on wędrował długo. Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego Pamiętam, że zdumiało mnie, że wędrował latami z małym plecakiem. I rzeczywiście nie notował i nie fotografował, co mnie z jednej strony ujęło, bo bez skupiania na zapiskach czy fotografii pewnie wszystko co wokół przeżywa się znacznie głębiej. Ja często obserwuję ludzi, którzy przychodzą w wyjątkowe miejsca tylko zrobić zdjęcie i nawet przez sekundę nie są w stanie przeżyć urody napotkanego krajobrazu, jakby odgradzając się aparatem od rzeczywistości. Doceniam, że ktoś potrafi wyłącznie przeżywać. A z drugiej strony myślę, że może zbyt filozofuję na temat Andy’ego i być może był on postacią nieskończenie płytką, która nijak nie potrzebowała utrwalać swoich refleksji, ponieważ nie miał ich zbyt wielu, a fotografować po prostu nie umiał. Ale zatrzymał Pana… Poświęcił mu Pan fragment książki. Bo ta książka, a w niej Afryka, jest jedynie pretekstem do rozmowy o różnych sprawach, takich właśnie jak ta, o którą Pani zagadnęła. O tym wszystkim można by rozmawiać nad książką z Warszawy, tekstach o Mazurach czy Lizbonie. Jednak ja związany jestem z Afryką od 25 lat, więc siłą rzeczy jest ona dla mnie taką soczewką w której każde doświadczenie ogromnieje, nawet tak błahe, jak historia Andy’ego i daje przyczynek do dyskusji, do stawiania pytań. Mówi Pan, że książka bardziej jest o Panu niż o Afryce. To spacerownik. Spacerujemy po tej Afryce długo i daleko, i rozmawiamy tak naprawdę o wszystkim, w znikomym stopniu o kondycji tego kontynentu, bo od tego są inni pisarze, historycy, ekonomiści, politolodzy. Ja się na nich powołuję, czerpię z nich pełnymi garściami, bo zawsze jeżdżę z plecakiem książek. Ale nie o historycznych przemianach, jest ta książka, choć przecież dotyka historii. Ta książka – proszę wybaczyć pewną górnolotność – o życiu jest. Fot. Marcin Kydryński Czy jest alegorią Pana życia? Pisze Pan o lękach, o okrucieństwie i spokoju – wszystko to odnajduje Pan w Afryce. ”Biel” można czytać jako najczystszej formy autobiografię. Aby jednak takie czytanie sprawiło przyjemność, wypadałoby mnie uważać za kogoś ważnego. Takich osób jest niewiele, ten trop bym zatem odradzał. Nie to jest istotą rzeczy. W znacznym stopniu udaje mi się dotykać spraw uniwersalnych, wobec których stawiam pytania. Wierzę, że są to pytania, które każdy z nas uzna za istotne. Dotyczą przemijania, miłości, muzyki, religijności i wiary, które nie są bynajmniej tożsame. Szukają źródeł okrucieństwa w człowieku, zastanawiają się nad filozofią podróży, ekologią, ludzkimi postawami wobec sytuacji krytycznych. W obliczu śmierci stawia Pan sobie pytanie, czy zasłużył na życie. Pytań jest dużo. Niewiele gotowych odpowiedzi. My, żyjąc przeważnie w mieście, spiesząc się, mając mnóstwo spraw do załatwienia nie zadajemy ich sobie wystarczająco często. A wierzę, że warto je sobie zadać, żeby stać się odrobinę lepszym. Albo zatrzymać się i nie nadążać… O tak, to jedno z moich ulubionych sformułowań, bo od nienadążania jestem wybitnej klasy specjalistą. Dzisiaj może Pan powiedzieć, że Afryka, podróże po niej, w jakiś sposób ukształtowały Pana? Moje podstawowe doświadczenia zogniskowały się właśnie w Afryce. Być może to kwestia rozrzedzonego powietrza, być może upału, w którym wszystko ogromnieje. Próbowałem żyć wspólnie z Afrykanami. Wędrować, dzielić chatę, pożywać. Patrzyłem, jaki wysiłek wkładają każdego dnia, nie żeby wytwarzać strawę dla ducha, a żeby zwyczajnie przetrwać do następnego świtu. My, którzy na co dzień tego nie dostrzegamy, już nie mówiąc o docenianiu, nagle uzyskujemy odmienną optykę. W tym sensie Afryka na pewno mnie ukształtowała. Myślę, że też wyostrzyła moją uważność na sprawy drugiego człowieka i na urodę świata. Powstrzymała mnie także przed powszechną dziś plagą oceniania innych. Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego Pisze Pan, że ma sentyment do powszedniości, ale Afryka nie jest dla większości powszednia. Podróżując po Afryce nie byłem na froncie, choć wokół trwały wojny i rzezie, jak w Somalii czy Sudanie Południowym. Szczerze? Bałem się, po prostu. A ponieważ nie pracuję dla New York Timesa lecz dla siebie, nie miałem też wiary, że moje słowa lub fotografia zmienią świat. Tylko ludzie o tym przekonani mogą ryzykować życie dla zdjęcia. Było tam wówczas wielu reporterów. Jednak ci po wszystkim wyjeżdżali na kolejny front i zostawiali za sobą ludzi, którzy właśnie doświadczyli ostatecznej potworności. A ci musieli dalej w tym świecie żyć, układać sobie codzienność, tę ich powszedniość właśnie. W niej musiało być miejsce na szczęśliwe chwile, na miłość, na dobroć. To mnie zawsze najbardziej fascynowało. Jak żyć w Sierra Leone, czy w Liberii, po koszmarze, który się wydarzył. Kiedy tam jechałem, byłem już sam, nie deptałem po piętach innym reporterom. Interesuje mnie krajobraz po apokalipsie. Zaprzyjaźnia się Pan szybko? Zaprzyjaźniać się to za dużo powiedziane. Nie jestem przesadnie towarzyski. Staram się być uważnym wędrowcem. Mam w sobie dużo serdeczności dla ludzi. Nigdy nie chowam urazy. To już jest dobry start, żeby się zaprzyjaźnić, prawda? Opowiada Pan historie Marii, która odwiedza Pana w nocy, za seks nie chce pieniędzy, wychodzi, a Pan już nigdy jej nie spotyka. Jakie są kobiety Afryki? To Pani powiedziała, że za seks. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma go wcale w tym opowiadaniu. Są dwa, trzy pocałunki, pełne czułości. Tylko tyle, prawda? Maria to historia z 1994 roku. Opowiadanie, które można uznać za feministyczne. Afryka jest kontynentem, który poddaje kobiety represji właściwie w każdej sferze a ja z wdzięcznością i z miłością patrzę na każdy przejaw ich uwolnienia. To są sytuacje rzadkie, ale jedną z nich opisałem w historii o Marii. Fot. Marcin Kydryński Możemy długo rozmawiać o kobietach Afryki, skupić się na tym, jak ciężki jest ich los, ciężki nieporównywalnie z innymi miejscami na ziemi chociażby ze względu na klimat, na kulturę, na tradycję. Ta właśnie nakazuje kobietom, albo siedzieć w domu i szczelnie łącznie z oczami być spowitą w czarne szaty, albo każe im codziennie iść po 10 km po wodę z 20 litrowym kanistrem, albo każe im być niewolnicami seksualnymi. Więc można o tym rozmawiać bardzo długo. W piekle, jakim jest Somalia, powszechnie okalecza się kobiety, jakby sam skwar i wojna nie wystarczyły dla doświadczenia koszmaru. Podobnie jest w serdecznym Sierra Leone, gdzie wskaźnik okaleczania dziewcząt wynosi 98%, jest jednym z najwyższych na świecie. W turystycznym Egipcie. W od prawieków chrześcijańskiej Etiopii. Jak widać, to nie musi być wściekle islamski kraj, by praktykować barbarzyńskie wobec kobiet obrzędy. Możemy o tym mówić, ale niewiele nasza rozmowa zmieni. Zmiana musi wyjść z wnętrza samych społeczeństw. Nie może zostać przez nas narzucona, jakkolwiek buntowalibyśmy się przeciwko tym zbrodniom. Skupiłem się na wyzwolonych, szczęśliwych kobietach. Nielicznych, jak Maria, która ma miejsce w moim sercu, chociaż dzisiaj, blisko ćwierć wieku później, już nie pamiętam jej twarzy. Pisze Pan: „Prawdziwym wojownikiem jest ten, który staje do walki z sobą, wypowiedzianą własnym wadom i słabościom”. Tak, to pierwotna definicja dżihadu. W tym sensie sam jestem dżihadystą odmawiając sobie codziennie pizzy, piwa, zmuszając do ćwiczeń. Niech mi pani wierzy, jaki wielki to jest wysiłek… To są dla Pana słabości? To są ogromne słabości. Bo ja najchętniej leżałbym na sofie i czytał książki. Dosłownie każda aktywność, jaką podejmuję, a która poza tę sferę wychodzi, to jest mój dżihad. Wie Pani, to historia przeinaczyła znaczenie tego pięknego słowa. Sami muzułmanie, mieczem zdobywając kolejnych wiernych. U początku dżihad był zmaganiem jednostki w trudnej sztuce samotnego dochodzenia do Boga. Warto o tym pamiętać. Podoba mi się hinduska myśl, że szczęśliwy byłby świat, w którym byłoby tak wiele religii, jak wielu jest ludzi. Chciałbym żyć w kraju, w którym wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Bo czyż nie jest to najbardziej intymna sfera? Afryka to 25 lat Pana życia, jednak mówi Pan, że nadal jest Pan tam tylko obserwatorem. Nigdy nie poczuł się Pan częścią tego miejsca? Tam pozostanę obcy, choć ludzie są bardzo życzliwi i otwarci. Ale są też tacy właśnie dlatego, że ja jestem od nich odmienny i traktują mnie z charakterystyczną dla Afryki gościnnością, szczególną wobec przybysza z daleka. Albo też, choć na szczęście zdarza się to coraz rzadziej, z odrobiną respektu, który przez pokolenia był im wpajany wobec białych najeźdźców. Ale nijak nie uznają mnie za swojego, bo mają świadomość w jak różnych i odległych od siebie światach żyjemy. To są osobne planety. Fot. Arch. prywatne Marcina Kydryńskiego Wracam pamięcią do dnia, kiedy podróżowałem starą ciężarówką przez jedną z najdzikszych puszcz kontynentu, na granicy Kamerunu i Konga, drogą wyrytą przez miejscowych drwali. Ten las był niezmierzony, nie da się do niego przeniknąć. Na postoju wszedłem kilka metrów w tę puszczę i pomyślałem wtedy: „jestem tu gdzie chciałbym być, jestem tu szczęśliwy, ten las jest dla mnie gościnny, czuję, że mnie przyjmuje z miłością”. Parę godzin później śmiertelnie zachorowałem. Pomyślałem sobie wtedy, że może przedwcześnie uznałem się częścią tej urody świata, a ona każdego dnia będzie dawała mi odczuć, że jestem dla niej nieistotny i zbędny. Za wcześnie poczułem się częścią Afryki. Być może to nigdy się nie stanie. Pan wracał do Afryki przez 25 lat, a jednak my częściej wracamy do miejsc, gdzie czujemy się jak u siebie. Po 25 latach czuję się wciąż gościem. Ogromnie wdzięcznym, ale ciągle gościem. Dużo w tym pokory? O tak, bo ten kontynent uczy pokory bardziej niż czegokolwiek innego. Zamknął Pan jakiś etap swojego życia tą książką? Tak. Moja mama nawet się ucieszyła myśląc, że już nigdy tam nie pojadę. Tego nie mogę obiecać, bo mam teraz w planie kilka podróży, podczas których jestem przewodnikiem dla ludzi ciekawych Afryki i ciekawych fotografii. To jest zupełnie innego typu podróżowanie, także niebezpieczne, jak każde wyjście z domu, ale jednak nie mające kompletnie nic wspólnego z samotnym wielomiesięcznym podróżowaniem przez afrykańską puszczę. Te długie wyprawy odwiesiłem, jak stary kapelusz. Na razie. Kto wie, może za kilka lat wciąż będzie na mnie pasował. Fot. Marcin Kydryński Wyraz zepsuć zapisujemy przez literę u. Przykłady poprawnej pisowni: Często stosował środki wyrazu, które mogły zepsuć mu reputację lub wywołać skandal. Mogą też zepsuć relacje pacjenta z własnymi dziećmi. Jak będąc kobietą w dowolnym wieku zepsuć życie sobie i innym. Ugryzienie meszki to jedna z częstszych letnich przypadłości. Po czym poznać, że dziecko zostało ugryzione przez meszkę i czy jest to powód to obaw? Sprawdź, jak wygląda ślad po ugryzieniu meszki na zdjęciach. Ugryzienie meszki nie jest tak nieprzyjemne jak np. ugryzienie osy czy szerszenia (co bywa również groźne dla osób uczulonych na jad owadów), ale zwykle jest dość uciążliwe. Dyskomfort może powodować zwłaszcza swędzenie skóry. Jak łagodzić objawy pogryzienia przez meszki i po czym je poznać? Pokazujemy zdjęcia śladów po ugryzieniu meszki. Ugryzienie meszki: czy jest groźne? Meszki oprócz komarów bywają latem jednymi z bardziej uciążliwych latających owadów, które gryzą. Dlaczego? Ze względu na ich liczebność oraz na to, że zwykle nie latają pojedynczo, ale w stadach i gdy dojdzie do pogryzienia, z reguły nie mamy na ciele jednego śladu, ale co najmniej kilka. I choć meszki zazwyczaj nie są szczególnie groźne, to jednak zdarza się, że zawarta w ich ślinie toksyczna substancja wywoła reakcję alergiczną lub stan zapalny, a wówczas konieczne jest skontaktowanie się z lekarzem. Meszki pojawiają się zwykle na początku maja, ale kiedy maj jest chłodniejszy, wówczas nieco później. W przeciwieństwie do komarów nie atakują jedynie w nocy – potrafią zepsuć nam np. sobotni piknik nad jeziorem za miastem. Uwielbiają tereny zielone, zalesione i położone w niewielkiej odległości od wód. Ugryzienie meszki: jak wygląda ślad? Zdjęcia Ślad po ugryzieniu meszki to zwykle czerwona niewielka plama, może być nieco wypukła, podobnie jak przy ugryzieniu komara. Również podobnie jak w przypadku komara miejsce po ugryzieniu meszki bardzo swędzi. Zwykle opuchlizna po ugryzieniu przez tego owada utrzymuje się na ciele do kilku dni, po czym samoistnie znika. Adobe Stock Ugryzienie meszki, fot. Adobe Stock Ugryzienie meszki: jak leczyć? Jeśli ciebie lub twoje dziecko pogryzą meszki, najpierw trzeba przemyć miejsca po ukąszeniach wodą utlenioną lub preparatem antyseptycznym (np. Octenisept), żeby je odkazić. Warto też wykorzystać inne domowe sposoby na ugryzienie meszki – przede wszystkim zastosuj środki łagodzące swędzenie, np. takie jak: maść na ugryzienia (np. Fenistil); wapno do picia; okłady z sody oczyszczonej. Inne sposoby na ugryzienie meszki: okład z cebuli (przyłóż plaster cebuli do skóry); okład z szałwii lub tymianku (zioła zalej wrzątkiem, a gdy wywar wystygnie, namocz w nim wacik i przyłóż na skórę); okład z octu (do szklanki wody wlej łyżkę octu, przemyj skórę wacikiem nasączonym roztworem). Ważne! Jeśli dziecko pogryzą meszki, postaraj się zminimalizować swędzenie – miejsc po ugryzieniach meszek nie wolno drapać, bo do rany po rozdrapaniu łatwo może wdać się zakażenie. Ugryzienie meszki: jak zapobiegać? Wiosną i latem pamiętaj o metodach zapobiegających ugryzieniom przez meszki. Skutecznie odstraszają je np.: olejki eteryczne (zwłaszcza lawendowy, miętowy, waniliowy); różnego rodzaju repelenty (środki chemiczne odstraszające owady); świecie zapachowe o zapachach wymienionych wyżej, których meszki nie tolerują; zapachowe wkłady do kontaktów. My polecamy w szczególności te produkty na ugryzienia dla dzieci: Aby nie dać się pogryźć przez meszki, warto też w miarę możliwości zakładać bluzki z długim rękawem, a w oknach zamontować moskitiery, zwłaszcza jeśli mieszka się w pobliżu terenów zielonych. Zobacz też: Kleszcz ze skrzydłami? Uważaj na te owady w lesie! Jak się chronić? Czy kleszcze spadają z drzew? Groźne mity o sprawcach boreliozy Ugryzienia i użądlenia – letnie przypadłości Mao (Pierre Deladonchamps) projektuje gry wideo. Jest chronicznie przygnębiony, a pociechy szuka w alkoholu oraz psychoanalizie. Ta trójka jest rodzeństwem, ale nie trzyma się razem. Ich rodzice, Pierre (Jean-Pierre Bacri) i Claudine (Chantal Lauby), nie zrobili nic, by wzmocnić więzi rodzinne. Z pewnością wielu z Was lubi robić zdjęcia, a w swoich albumach ma całe mnóstwo rodzinnych fotografii. Rodzina, o której przeczytacie za chwilę, także lubiła, jednak jak jest teraz – trudno powiedzieć. Wszytko przez jedno zdjęcie. Na początku wygląda ono na zwyczajną rodzinną fotografię, jednak wcale taką nie jest. Niepokój budzi jeden szczegół, który trudno jest zobaczyć na pierwszy rzut oka. Ciekawi? Fotografia, która budzi niepokój Często na zdjęciach wypatrujemy szczegółów. Ta rodzina również ich szukała, a gdy zobaczyła jeden z nich, poczuła dreszcze na plecach. Fotografia już od pewnego czasu krąży w mediach społecznościowych, jednak za każdym razem, gdy ją widzimy, mamy gęsią skórkę… Na poniższym zdjęciu możecie zobaczyć szczęśliwą, 5-osobową rodzinę. Oczywiście na pierwszy rzut oka ta fotografia nie wzbudza żadnych, nawet najmniejszych, podejrzeń, ale przyjrzyjcie się jej uważnie… Jesteście w stanie zauważyć ten niepokojący szczegół? Jesteśmy pewni, że udało Wam się zauważyć tę dodatkową dłoń, obejmującą dziewczynkę, która siedzi po lewej stronie ławki… Na pewno nie jest to dłoń jej starszej siostry. Dokładnie widać przecież, że obie jej ręce spoczywają na kolanach. Więc czyja? Jedni twierdzą, że na zdjęcie „załapał się” duch, a inni, że to dzieło jakiegoś „mistrza Photoshopa”. Jaka jest prawda? Pozostaje nam się tylko domyślać. A Wy jak myślicie? . 92 150 276 89 1 339 22 401

jak jeden but może zepsuć rodzinne zdjęcie